Już niedługo będziesz z tatą

Wsie, które zniknęły z map. Ludzie, domy, kościoły wyskrobane ze świadomości na długie lata. I cmentarz, gdzie nieustannie toczy się walka pamięci z zapomnieniem. Wołyń.
Środa, 13 listopada 2013 roku, pochmurny, mglisty ranek. W sierpniu minęło 70 lat od rzezi, jakiej bandy UPA dokonały tu na polskiej ludności.
– Proszę państwa, jesteśmy we wsi Ostrówki, która oczywiście nie istnieje. To będzie wirtualna wycieczka – oświadcza Anatol Sulik, ukraiński historyk, który od dwudziestu lat próbuje ocalić od zapomnienia, to, co się tu wydarzyło. Stoimy na wzgórzu porośniętym hektarami nieużytków i poczerniałych słoneczników. Wysoko nad polami krążą dwa czarne kruki.
A jakby tak się cofnąć w czasie, do tamtego dnia, 30 sierpnia 1943 roku? O, tu, obok krzyża, który od niedawna upamiętnia to miejsce, stał kościół. Nie byle jaki! Zbudowany w XVIII wieku, mógł pomieścić cała parafię – ze dwa tysiące dusz. Na lewo od kościoła był niewielki cmentarzyk, ale próżno dziś szukać choćby kamienia z nagrobków. Stała tam i dzwonnica, która przed pogrzebem służyła też za kostnicę. W końcu, jak wynika z XIX –wiecznych dokumentów, biskup zdecydował, że cmentarzyk jest przepełniony i trzeba wyznaczyć nowe miejsce do pochówków. Nowy cmentarz powstał więc kilometr dalej.
Wieś była spora, ciągnęła się półtora kilometra wzdłuż drogi z łupanego kamienia, po obu jej stronach dom stał przy domu. Przy każdej chałupie rósł krzak bzu, wokół pyszniły się sady. Na początku wsi mieściła się kuźnia. Dziś dowodem na to jej istnienie jest tylko zdziczały krzak bzu i jedyne ocalałe drzewko owocowe.

fot. Maksymilian Rigamonti

okolice dawnej wsi Ostrówka fot. Maksymilian Rigamonti


A przecież Ostrówki i po sąsiedzku Wola Ostrowiecka mają piękną historię. Wsie pamiętały czasy Władysława Jagiełły, który zresztą całkiem niedaleko, bo w miejscowości Równe, zatrzymywał się u swojej siostry w zamku. I tu poznał też swoją trzecią żonę Elżbietę.
Wieki całe żyli tu przesiedleńcy z Mazur, tubylcy mówili na nich „Mazuri”, ale wrośli w tę ziemię, żyli jak wszyscy Poleszucy w chatach strzechami krytych.
Wyobraźmy sobie czas, kiedy historia w Ostrówkach toczy się z wolna, a zdarzenia, jakie tam następują, łatwo zapamiętać, bo są tak samo przełomowe, jak powtarzalne: narodziny, chrzty, śluby, pogrzeby. Ludzie może i nie żyli w idylli, ale żywot, jaki wiedli tu Polacy obok Ukraińców, było pewnie harmonijne, wyznaczane przez pory roku i zgodne z sąsiedzkimi zasadami, tak różne od naszego, bo to, co się wydarzyło wczoraj, dziś zostało już zapomniane, przykryte nowymi newsami, wiadomo, czas zapieprza jak rozpędzona torpeda.
Choć dziś nie ma śladu po tamtym życiu w Ostrówkach, to ta ziemia, skrywająca tajemnice zatrzymuje nas ciszą i ta przeraźliwa cisza jakby domagała się prawdy o pomordowanych Polakach, tak jak każda dokonana zbrodnia domaga się zadośćuczynienia.
fot. Maksymilian Rigamonti

Droga którą pędzono na rzeż kobiety i dzieci ze wsi Ostrówka fot. Maksymilian Rigamonti


Tamtego dnia, a był to poniedziałek, 30 sierpnia 1943 rok, bandyci ciasnym pierścieniem otaczają okoliczne wsie. O świcie weszli do Ostrówki. Za nimi ich żony, matki, ciotki, wjeżdżają wozami, przygotowane do grabienia wsi, kiedy będzie już po wszystkim.
Po eksterminacji.
Słychać krzyki, pohukiwania, Ukraińcy oddają strzały ostrzegawcze. Mężczyznom nakazują zgromadzić się w szkole, pod pretekstem zebrania i omówienia ważnych, wspólnych spraw. Kobiety i dzieci zapędzają do kościoła. Ksiądz Stanisław Dobrzański skrywa się w stogu siana. Zdradza go rąbek czarnej sutanny – bandyta wyciąga go ze stogu, jednym ruchem ścina duchownemu głowę . Jego kamraci wyprowadzają ze szkoły po kilku mężczyzn, których mordują na dworze.
Nagle na rogatkach wsi zjawiają się Niemcy – kilka ciężarówek uzbrojonych okupantów. Następuje wymiana ognia. Upowcy otwierają wrota kościoła, pędzą kobiety dzieci przez wieś, zasłaniając się nimi, jak tarczą.
Idziemy śladem pędzonych kobiet. Przystanek pierwszy – cmentarz za wsią. Tu giną te osoby, które nie mają złudzeń, co Ukraińcy mają zamiar z nimi zrobić. Chcą zostać w poświęconej ziemi. Padają martwi od ciosów bagnetami, siekierami.
Reszta kobiet z dziećmi poganiana przez bandytów, przemierza tak kilka kilometrów. Idziemy przez rozległe ugory, przedzieramy się przez chaszcze i mokradła.
Z relacji świadków: – Cała ta droga, którą je pędzono, usiana była różnymi przedmiotami. Kobiety zabrały ze sobą krzyż z kościoła, modlitewniki, gubiły chustki, szaliki. Płakały i modliły się głośno, uspokajały dzieci: – Już niedługo będziesz z tatą. Też nie miały złudzeń, że idą na śmierć.
W pewnym momencie bandyci każą kobietom i dzieciom usiąść na ziemi. Wyciągają je po kilka, a zadaniem jednego z wyznaczonych członków UPA jest likwidować je dźgając bagnetem. Po trzydziestu wykonanych w ten sposób egzekucjach mężczyzna odmawia dalszego mordu. Buntują się też jego pobratymcy – wolą użyć broni palnej, choć nie mają zbyt wiele amunicji.
Banderowcy strzelają więc do reszty, zostawiają zwłoki 300 kobiet i dzieci. Wśród nich są noworodki, kilkumiesięczne i kilkuletnie dzieciaczki. I młode matki.
fot. Maksymilian Rigamonti

Miejsce mogiły na Trupim Polu fot. Maksymilian Rigamonti


Tubylcy nazwą potem to miejsce Trupim Polem. Nazwa funkcjonuje do dziś. Zwłoki leżą dwa tygodnie, szarpią je zwierzęta, rozwlekają szczątki, nad polem roztacza się przeraźliwy smród rozkładających się ciał. W końcu dowódcy UPA decydują, aby je zakopać. Wybierają z sąsiedzkiej wsi 12 kobiet i dzieci i każą im zasypać zwłoki. Bosakami i widłami ściągają ciała do wykopanej mogiły.
Jama grobowa nie jest wielka. Ma 8 metrów długość i półtora metra głębokości. Wydaje się niemożliwe, żeby tak mała mogiła zmieściła 300 ludzkich ciał.
Prawie 70 lat później zbiorową mogiłę pomordowanych odkrywa polski archeolog Olaf Popkiewicz.
Jesteśmy z nim w tym miejscu, na Trupim Polu – tu mordowano, tu potem wrzucano ciała do ziemi. Kiedyś była to otwarta przestrzeń, dziś ziemię porastają już sosny.
Tamtego dnia podczas rzezi zginęło 1050 Polaków. Tylko dlatego, że byli Polakami.
Niecały miesiąc później spalono domy w Ostrówkach. Spłonął też wiekowy kościół.
W czasach komuny kołchoźnicy na dobre zaorują wieś, karczują drzewa. Żeby nie został kamień na kamieniu.

Anita Czupryn